Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 października 2014

eMOCje

Ostrzegam - będzie DŁUGO.

E-MOC-JE
Przez wieki uważane przez ludzi za coś niewłaściwego, negatywnego, zaburzającego racjonalne myślenie. Dopiero pod koniec XX wieku "odczarowano" je i zaczęto poświęcać czas i środki na badania nad emocjami, ich biologią, ekspresją i powszechnością. Nie tylko u ludzi, ale także u zwierząt. Czym właściwie są i czemu piszę o emocjach na psim blogu? Zapraszam do lektury.

Minuta na psychologię
Kto ma się nudzić, przeskakuje najbliższe cztery akapity. Emocje są subiektywnymi reakcjami na jakieś wydarzenia, a każdy epizod emocjonalny według pana Rudolpha Schaffera składa się z czterech elementów. Pierwszy z nich, czynnik wywołujący, nie wymaga dodatkowych objaśnień, polecimy zatem klasycznym przykładem - poczucie zagrożenia wywołuje lęk, niemożność zaspokojenia jakiejś potrzeby - gniew, etc.

Drugim elementem jest składnik fizjologiczny, czyli reakcja organizmu na czynnik wywołujący – zmiana rytmu serca, pulsu, tempa oddechu i inne czynności nadzorowane przez autonomiczny układ nerwowy. 

Składnik osobistego doświadczenia jest nam, ludziom, najbliższy – każdy człowiek zdaje sobie sprawę z pobudzenia wynikającego ze zmian fizjologicznych, a z upływem  lat uczy się coraz lepiej oceniać sytuacje wywołujące dane emocje oraz kontrolować przejawy własnych emocji. 

Ostatnim składnikiem są widoczne zmiany w zachowaniu czyli zewnętrzne objawy emocji, takie jak zmiany mimiki twarzy, zmiany tonu głosu czy szczególne gesty towarzyszące określonym emocjom.

Czemu piszę o emocjach? 
Bo uważam, że jest to szalenie cenna, a tak dramatycznie niedoceniana wartość w szkoleniu i wychowywaniu psów. Wyjaśniam od razu tytuł notki - emocje mają MOC. Tylko od nas zależy, czy wykorzystamy emocje w sposób dla siebie korzystny, czy też zupełnie pominiemy ten aspekt, wytrącając sobie przy okazji potężne narzędzie szkoleniowe z ręki.

Często ludzie skarżą się na to, że przy szkoleniu psa trzeba nosić ze sobą smaczki, zabawki, że kieszenie ubrań są później tłuste i śmierdzące, piłki gubimy gdzieś w środku łąki a tak w ogóle to pies nam się roztył od ciastek. Jasne, przy "początkującym" psie warto mieć takie pomoce zawsze przy sobie - wszak uczymy psie dziecko (tudzież psa starszego, ale nieprzyzwyczajonego do pracy z człowiekiem), co jest dobre (pożądane przez pańcia) a co złe (niepożądane, wiadomo), jednak ja obecnie z Zuzanką nie muszę mieć ze sobą niczego, żeby była posłuszna moim poleceniom. A dlaczego? A dlatego, że wystarczy, że zawołam ją określonym tonem i już jest przy mnie, że kiedy nakręcę ją innym tonem, to będzie się chciała bawić tym, co jej zaproponuję, choćby była to szyszka, stary kapsel leżący na ziemi czy źdźbło trawy, że kiedy w końcu zwolnię ją określonym hasłem i dam jej luz, to pójdzie sobie załatwiać swoje psie sprawy począwszy od fizjologii skończywszy na obwąchiwaniu okolicy, czy gonieniu przypadkowo spotkanego kota czy stadka saren, które też jestem w stanie przerwać odpowiednio nasyconą emocjonalnie komendą.

Nie muszę machać piłką ani stekiem wołowym, żeby psy przybiegały na zawołanie właśnie w ten sposób - wystarczy odpowiednio zawołać. Na zdjęciu Zu i gościnnie Hunter, nasz współlokator.

Modulując ton głosu, dodając określone zachowania o zabarwieniu emocjonalnym mogę psa pobudzić, wyciszyć, nakręcić, spowolnić, nagrodzić, skarcić, słowem - mogę zrobić bardzo wiele rzeczy. I to bez akcesoriów typu kliker, żarcie, zabawki. Wystarczy mój głos, a mój głos mam zawsze przy sobie ;) Oczywiście, środki do wzmocnienia pozytywnego jak wspomniane jedzonko czy zabawki warto mieć przy sobie choćby od czasu do czasu, żeby podbić u "zrobionego" psa motywację i przypomnieć, że warto się pańcia czy pańci słuchać, bo można się fajnie pobawić albo coś zjeść.

Pies podkręcony - w czasie zabawy.

Pies lekko wyciszony, skupiony, ale czujny - siad-zostań.


Ekscytacja - frustracja - wybuch?
Żeby nie było prosto, łatwo i przyjemnie, należy emocjami zarządzać w sposób bardzo przemyślany. Emocje to broń obosieczna - można ją świetnie wykorzystać, ale można nią zarwać po łbie, jeśli wymknie nam się spod kontroli. Zbyt często widuję psy, które mają - bardzo przepraszam - nasrane we łbie. Zbyt często widzę ludzi, którzy nie mają pojęcia o tym, co dzieje się właśnie w głowie ich psa. Zbyt często psy sprawiają problemy behawioralne a nawet mają problemy zdrowotne (np. z trawieniem), bo nie ogarniają swoich własnych reakcji emocjonalnych, bo nie wiedzą, jak powinny je prawidłowo wyładowywać, bo nie wiedzą, że mogą panować nad instynktownymi reakcjami i popędami. Zbyt często psy, które nie panują nad własnymi emocjami, stwarzają zagrożenie dla bezpieczeństwa innych psów, często także ludzi. 

Nie myślcie sobie, szanowni Czytelnicy, że tylko swoje psy nakręcam i pobudzam - byłoby to stwierdzenie bardzo dalekie od prawdy. Od pewnego bowiem czasu stawiam na równowagę. Nie myślcie sobie również, że zarządzanie emocjami to złota recepta na wszystko - niestety, nie. Jednak prawidłowe sterowanie emocjami może nam bardzo ułatwić życie z psem, zwłaszcza, kiedy mamy w domu więcej niż cztery łapy. 

Tak, podkręcam moje psy podczas ćwiczeń, zwłaszcza dynamicznych, staram się dodać im pewności w trudnych dla nich sytuacjach, ale jednocześnie staram się im pomóc opanować ich własne emocje w sytuacjach, gdzie zachodzi tendencja do przesadnych reakcji. Drę się jak chora psychicznie i piszczę jak wariatka, gdy Raven przynosi mi swoją zdobycz (np. szarpak), bo ona uwielbia takie zaznaczanie zachowań pozytywnych... 

Raven pruje, by oddać szarpak, mimo że wygrana sama w sobie jest dla niej czymś ekstra - jednak bardziej lubi szarpanie i mój entuzjazm niż bieganie "bez celu", nawet z zabawką w pysku.

... ale jak pies mi burczy wieczorem na podejrzanie wyglądającego i zachowującego się menela, to nie ćwierkam do niej, że "bububu, cichutko już, no już", tylko po pierwsze pies dostaje polecenie na zamknięcie jadaczki, a po drugie zostaje za to natychmiast nagrodzony, pochwalony i doceniony. Kolejnym razem mijając pana menela już nie zaburczy, a jedynie się zjeży, spojrzy na mnie i poczeka na nagrodę, kolejnym razem pobudzenie (i jeż na karku) będzie już mniejsze, bo wypracowujemy reakcję ZAMIAST. 

Samokontrola, czyli "zamiast"
W życiu moich psów są setki "zamiast", które ułatwiają nam wspólną egzystencję. Pozwolę sobie na kilka przykładów.

Rezygnacja - jeśli Raven się powstrzyma od zjedzenia smaczków (a widać, że ma na nie chęć) to je dostanie. W przeciwnym wypadku zamknę rękę i nici z jedzenia.

Zamiast lecieć na łeb na szyję przez jakiekolwiek otwierane drzwi, moje psy czekają na polecenie do wyjścia. Dzięki temu nie wyciągają mnie  nagle z pociągu czy autobusu, a jeśli 31 kg napędzane ośmioma łapami chciałoby to zrobić, to myślę, że nie miałabym większych szans na protesty, mając na grzbiecie jeszcze ciężki plecak a pod pachą materiałową transportówkę. 

Zamiast wyżerać wszystko, co spadnie na ziemię, co mogłoby spowodować krwawe boje choćby o przypadkowo rozsypaną suchą karmę, moje psy czekają na polecenie, które pozwala im coś zjeść. Nagradzam je na zmianę, karmię na zmianę z jednego kubka kefirem, jabłko podaję do ugryzienia raz jednej, raz drugiej. Nie miałam do tej pory ani jednej sytuacji, że psy mi się pogryzły o jedzenie, choć jedna i druga ma tendencje do obrony zasobów i np. stary pies rodziców mojego R. dostałby srogi łomot, gdyby próbował coś którejś suce zabrać sprzed nosa.

Dżeki i Zu - kiedyś sytuacja niewyobrażalna z powodu ciskającej się na prawo i lewo pani kierowniczki, która nie potrafiła powstrzymać się od wrzasku w obronie żarcia.

Zamiast "przejmować w posiadanie" wszystkie zabawki i przedmioty, zamiast gonić gołębie czy biegać "bez celu", suki mogą się bawić na moich warunkach - choćbym miała wymagać od nich jedynie nawiązania kontaktu wzrokowego czy siadu. W psim móżdżku powstaje obraz, że to JA zarządzam zabawkami, to JA pozwalam przegonić gołębie, to JA pozwalam biegać i swobodnie węszyć. 

Zamiast drzeć ryja na intruzów hałasujących na ulicy (w pobliżu mamy monopolowy 24/7), do czego idealnie predysponowana jest młodsza połowa mojego stadka (byłaby idealnym burkiem łańcuchowym jak sądzę), Raven nauczyła się ostatnio przybiegać do mnie. Już nie ryczy jak trąba, ewentualnie fuknie i przybiega, choć czasem muszę jej przypomnieć, co należy robić. 

Zamiast biegać bez celu i nakręcać się po moim wyjściu, względnie zamiast biegać po suficie o 23:37 rzucając kongiem po ścianach, suki śpią w swoich klatkach, gdzie mają bezpieczną przystań, choć przyznam szczerze, że ostatnimi czasy młoda coraz częściej w ogóle nie korzysta z klatki, a zamykana jest tylko na czas mojego wyjścia do pracy. Często z własnej inicjatywy idzie spać do otwartej klatki, bo jak wiadomo, klatka to zło i jak w schronisku. Dzięki temu na jakimkolwiek wyjeździe moje psy mają swój bezpieczny kąt i nie fiksują, że "o raju, jesteśmy na wycieczce, nowe miejsce, ludzie, pieski, ojejuuuuu!". 

Co mi to wszystko daje?
To, że Zuza, mimo swoich dziwactw, jest w pełni sterowalna głosem i nawet, kiedy ma ochotę iść poszukać rozróby czy nawet wtedy, kiedy coś na serio próbuje ją zabić (jak w zeszłe wakacje), jest  w stanie posłuchać, co mówię i się odwołać. Że przestała wyć jak wilk z lasu podczas mojej nieobecności. Że mogę ją zostawić w każdym miejscu na świecie i gdy nic się nie dzieje to pies po prostu idzie spać. Że wystarczy cmoknąć i pies melduje się, pytając, co robimy. 

To, że Raven, która na początku naszej wspólnej drogi jęczała i telepała się przez większość czasu, jest w stanie usiąść sobie na dworcu PKP mimo tłumów ludzi, jeżdżących pociągów, łażących gołębi. Że włożona do klatki idzie spać, niezależnie od tego, gdzie akurat jesteśmy. Że zawraca w powietrzu jak Scooby Doo. Że nie odmawia pracy. Że coraz lepiej się dogadujemy. Że mogę psa podbudować jak i wyciszyć, i ona to pięknie czyta. 

Łatwiej mi żyć z psami, odkąd świadomie zaczęłam używać emocji w kontaktach z nimi. Jasne, czasem popełniam bardzo, baaaardzo głupie błędy. Czasem coś całkiem zepsuję i muszę to budować od nowa. Czasem któryś pies i tak się zapędza w swoich reakcjach, czasem nawet bardzo, zwłaszcza, gdy następuje to z zaskoczenia i nie zdążę zareagować. Czasem przesadzę w którąś stronę i emocje wymykają się spod kontroli. Czasem ludzie uważają, że moje psy są smutne i zgaszone, bo potrafią PO PROSU siedzieć i czekać. Zwykle ci sami ludzie zmieniają zdanie, jak widzą moje kundle w akcji, ale ciężko czasem wytłumaczyć babci na przystanku autobusowym, że nie biję moich psów codziennie pogrzebaczem - że one po prostu panują nad swoimi emocjami i nie widzą potrzeby, żeby się wściekać, skoro sytuacja jest prosta: siedzimy i czekamy na autobus. Niemniej jednak jestem DUMNA z tego, że moje kundle umieją się zachować i nie muszę się za nie wstydzić nawet w trudnych warunkach.

Z nadzieją, że nie zanudziłam Was na śmierć, pozdrawiam :)

poniedziałek, 29 września 2014

Po seminarium - refleksja, czyli szalony koń jednak UMIE.

Na początku będą pozytywy, a hejt zostawię sobie na koniec :D Od razu mówię, że będą to raczej osobiste przemyślenia i bardzo subiektywna relacja, więc jak ktoś ma z tym problem... to trudno :P

Jak ja się cieszę, że jednak wybrałam się na to seminarium! Co prawda tematem głównym było frisbee i agility, z czego agility mnie nie interesuje w ogóle, a frisbee jako rekreacja, raczej bez żadnego szczególnego parcia na tę dyscyplinę, ale interesowało mnie ogólnie prowadzenie młodego psa o sportowych zdolnościach (khe, khe), treningi kondycyjne, jak w ogóle zacząć świadomie trenować cokolwiek związanego ze świadomością własnego ciała z takim klocem jak Raven, który ludziom wybija zęby jak się cieszy i takie tam.

fot. Adriana Jaworska


Ćwiczenia dla przewodników odnośnie rzutów frisbowych pominę, gdyż ze względu na mój totalny brak koordynacji ruchowej było to w moim wykonaniu raczej żałosne, ale może za jakieś 10 lat się nauczę rzucać przyzwoicie :P Nie będę się rozpisywać również na temat pogody, choć po sobotniej ulewie wszyscy w niedzielę smarkali i/lub kasłali, a w butach chlupała nam zgodnie woda, bo w niedzielę dzień był naprawdę piękny i ciepły.

Na początku było genialnie, każdy wchodził po kolei i miał pokazać, co tam sobie ćwiczy z psem, jak się bawi itd. No i Raven pokazał się oczywiście ze swojej najlepszej strony, mianowicie jak już udało jej się wygrać szarpak to zaczęła napieprzać w kółko z pierwszą prędkością kosmiczną, jeżąc się przy tym i warcząc, ku uciesze innych uczestników. Tabadadaaaam!

fot. Agata Mazur

Po którymś-tam kółku udało mi się ją odwołać i nagrodzić piłką, a w głowie miałam myśl, że niezły z niej dekiel i ciekawe, czy w ogóle damy radę cokolwiek zrobić na tym seminarium...

fot. Adriana Jaworska

Okazało się jednak, że możemy i umiemy, a w psim mózgu mieszka geniusz, choć czasem znajduje się poza zasięgiem ;) Tak to czasem bywa, że człowiek popełnia całkowicie idiotyczne błędy i ich nie widzi. Okazało się po prostu, że za dużo wymagam od mojego szczeniaczka, a powinnam się cieszyć i nagradzać proste rzeczy, odpuścić jej jeszcze łańcuchy zachowań i tak przeorganizować sytuację, żeby runda honorowa odbywała się za moim przyzwoleniem, słowem popuścić trochę wodze szalonemu koniu. I wtedy szalony koń stwierdził, że wcale nie interesują go inne pieski i ludzie, i trawka, i przechodzący gapie (gapiowie?), i królicze bobki, bo w sumie to on przecież umie przynosić ładnie wszystko, co mu dam czy rzucę, tylko mu się nie chciało.

fot. Adriana Jaworska

Kolejne wejście to nauka pobierania talerzyka z powietrza, Raven trochę nie zajarzył, że ma to chwycić, ale będziemy ćwiczyć. Patrząc na moje przedramię i dłoń to szczególnie ćwiczyć będziemy niezaciskanie szczęk z siłą krokodyla nilowego na mojej ręce, tylko na zabawce.

fot. Adriana Jaworska

Niedziela poświęcona była różnym ćwiczeniom fizycznym i budowaniu kondycji. Wejście pierwsze polegało na tym, że wyszłam i powiedziałam Pauli, że pies nie umie wejść na skrzynkę oraz piłkę (dotychczasowe próby kończyły się frustracją, płaczem i odmową,więc smętnie ćwiczyłyśmy sobie jakieś tam wchodzenie na zawrotne wysokości typu segregator na podłodze itp.), więc pies stwierdził, że po raz kolejny udowodni, że jego pańcia jest chora psychicznie i władował się na skrzynkę oraz na piłkę tak, jakby nic innego nie robił od urodzenia. Zastanawiam się, czy ona nie robi tego specjalnie.



fot. Adriana Jaworska

Drugie wejście było już nieco mniej udane, gdyż po pierwsze pies był już zmęczony (mimo że  W C A L E tego nie okazywał), po drugie przed samym wejściem przyjechał mój R. i Raven była zajęta wypatrywaniem pańciuszka w tłumie.

Mimo wszystko jestem z dzikiego konia BARDZO dumna. Myślałam, że ogólnie będzie to kompromitacja a Raven będzie tylko liczyć na okazję, komu by tu podokuczać, gdzie pobiec, co ukraść i zeżreć itd. A tu pokazała całkiem przyzwoitą pracę i na zawołanie zawracała w locie jak w kreskówce, jeeeej! Zuza na bekstejdżu pokazywała, że ona natomiast nie ma problemu z motywacją nigdy, należy tylko użyć odpowiednich środków...

fot. Agata Mazur

A teraz wątek poboczny i hejt. Jak wiadomo (albo nie) mam totalnego bzika na punkcie emocji u psa i "czystej głowy". Poświęcam wieki na pracę ze swoimi burkami nad ogarnianiem emocji, kontrolowaniem reakcji, panowaniem nad odruchami. Zaznaczam, że i jedno, i drugie jest kundlem, nie jest przedstawicielem żadnej "rasy sportowej". Nie mają jakichś szalonych predyspozycji do osiągnięcia mistrzostw świata w każdej możliwej dziedzinie sportu kynologicznego, jedna i druga ma to i owo za uszami, z Zuzem wypracowałam wiele rzeczy wylewając morze łez, potu i krwi gdzieś w trakcie, Raven dopiero zaczyna robić cokolwiek. A mimo tego wszystkiego moje psy były jednymi z najgrzeczniej zachowujących się psów, mimo dość trudnych warunków (zostawanie w klatkach w stadzie wyjących/szczekających/jęczących psów) - szokłam!!!

Przy okazji wyszłam na niezłego patola, bo gdy inne psy jojczyły, pyrgały się, szczekały to właściciele większości robili NIUNIUNIUUUU, A CZEMU TY JESTEŚ TAKA NIEGRZECZNAAAAA? (rodzaj żeński, gdyż znacząca większość uczestników czworołapych to były suki), a ja na ryk Ravena, gdy coś jej wsadzało nos do klatki (pozdro szejset) robiłam ZAMKNIJ SIĘ. Na co szanowny pies zamykał dziób. Raz nawet rzuciłam panią lekkich obyczajów, jak mi Zuza wyszła w klatki i zaczęła się kręcić w morzu biegających luzem piesków itp. patrząc, komu by tu przyłożyć - pies wrócił, szemrząc coś pod nosem i przewracając oczami.

Trochę nie ogarniam. Z jednej strony niby wszyscy rozumieją, że są różne psy, że podłażenie bez pytania do innego psa może się różnie skończyć, że puszczanie luzem psa do uwiązanego psa (!!!) czy pozwalanie na podłażenie i wąchanie klatki, w której jest pies, jego miska, jego rzeczy to nie najszczęśliwszy pomysł a to wszystko SIĘ DZIAŁO. I to nie na spacerze w parku, a na seminarium, gdzie powinni być z reguły ludzie bardziej ogarnięci niż przeciętny posiadacz futrzaka.

I tak, teraz ktoś może powiedzieć, że moje psy są niewychowane, zjebane, mają problem z pilnowaniem swoich zasobów czy agresją. Tak, moje psy mają trochę problemów, część wynika z ich charakteru, część z różnych wydarzeń życiowych, ale nie rozumiem, dlaczego mam od nich wymagać bezwzględnego spokoju, gdy czekają przypięte do płotu, aż porozkładam klatki i ogólnie się ogarnę, a coś do nich podbija w radosnych podskokach i zaczyna je obskakiwać w kółko, poszczekując? Albo gdy siedzą grzecznie zamknięte w klatce i akurat coś sobie konsumują a tu nagle pojawia się obcy nos, który wącha co tam mają ciekawego? Gdybym sobie siedziała na ławce i jadła akurat pyszny obiad a ktoś próbowałby podejść i mi go wyrwać to chyba bym go rozsmarowała na chodniku. To samo w sytuacji, gdy grzecznie bym sobie czekała na przystanku na autobus, a nagle podszedłby jakiś podchmielony koleś i chciał mnie uściskać. Nie dziwię się zatem psom, że w wyżej wymienionych sytuacjach pozwalają sobie na komunikat WYPIER... . Tym mało optymistycznym akcentem kończymy na dzisiaj i pozdrawiamy :)