Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies w pociągu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies w pociągu. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 maja 2015

Matka wariatka, czyli nadprogramowa wycieczka pociągowa.

Da się zauważyć, że mam totalnego świra na punkcie psów. Czasem jednak świr wymyka się spod kontroli, zwłaszcza, jeśli chodzi o zdrowie tych moich dwóch gałganów. Żeby podać Szanownym Czytelnikom szybki przykład...

[evel, w panice]: R., Raven ma jakąś gulkę na szyi. BOŻE, REJWEN JEST ZA MŁODY, ŻEBY UMIERAĆ! JEZU, GDZIE TU JEST KLINIKA CAŁODOBOWA?! A nie... czekaj... po drugiej stronie też ma taką gulkę. [macanie Zuzy] Zuza też ma takie gulki... To chyba jednak węzły chłonne czy coś takiego...

Kurtyna.

Tak, wiem. Jednak nie jestem w stanie nic na to poradzić. Zaniepokoiła mnie kilka dni temu końcowa faza cieczki Raven (brunatne upławy), a perspektywa jutrzejszego dogtrekkingu wcale nie polepszała sprawy - jak mi się pies gdzieś rozkwasi z ropomaciczem w środku niczego, to co ja zrobię?! 

poniedziałek, 27 października 2014

Prezent na roczek, czyli... Pierwszy Lubelski Dogtrekking!

W poniedziałek Dziki Koń skończył roczek - umownie oczywiście, bo tak naprawdę nikt nie wie, kiedy rzeczywiście przyszła na świat. W ramach prezentu urodzinowego w sobotę, mimo niskiej temperatury i arktycznego wichru, wybrałam się z Raven na dogtrekking. Nie obyło się bez wesołych przygód :)

Pan konduktor bał się Ravena i kazał mi ją zamknąć w pustym przedziale, a sam sprawdzał mój bilet... w przedsionku. Prawdopodobnie miało to związek z tym, że dnia poprzedniego Raven wydarł na niego mordę z klateczki, gdyż... zaczęto coś gadać przez krótkofalówkę trzymaną przez pana w dłoni... Pan został więc zakwalifikowany do podgrupy "POTFUR" i stosownie obszczekany przez białonożnego dekla. Jak jej nie minie to kretyńskie alarmowanie to nie wiem, czy dożyje kolejnych urodzin.

Mamusiu, czy mogłabym usiąść z Tobą na siedzonku?


Zobacz, idzie ten pan z wczoraj, naszczekać na niego czy nie?

Po pewnych zawirowaniach komunikacyjnych (wielkie, wielkie DZIĘKI dla Kasi, którą wyrwałam ze snu - przepraszam!) dotarłyśmy na miejsce. Raven został upięty do drzewa i grzecznie sobie siedział. Nie jęczał, nie skwierczał, nie wył ani nie szczekał. Później okazało się, że kopał sobie ukradkiem mały dołek, ale oprócz tego żadnych innych zniszczeń nie odnotowano, był łaskaw nawet nie zeżreć swojej smyczy ani mojego plecaka. 

W końcu - po dopełnieniu wszelkich formalności - ruszyliśmy! Trasa była fajnie zróżnicowana, szliśmy drogami, polami, lasem. Całe szczęście było słonecznie, ale wiało jak jasna cholera. Raven ciągnęła praktycznie cały czas (vivat amortyzator!), w związku z czym sapała jak Lord Vader, obtarła sobie cielsko i nabawiła się przeziębienia (na pewno nie dlatego, że wskakiwała na bombę do KAŻDEJ napotkanej kałuży...). Zupełnie się tego nie spodziewałam, owszem, wiedziałam, że na pewno nie będzie spokojnie szła za innymi psami i ludźmi, ale że aż tak da czadu - nie wiedziałam. Podczas trasy miłego towarzystwa dostarczali nam Krzyś i Jabberwock, zgodnie uznaliśmy, że idziemy czysto rekreacyjnie "się przejść", więc praktycznie zamykaliśmy cały pochód ;) 

Tak, tak to małe ciągnęło praktycznie cały czas. 
Zdjęcie zrobione przez Sławka - PsiFotograf :)


Punktów kontrolnych na trasie 15km było sześć. Przed czwartym (bufetowym! :)) Raven chyba leciuchno odpuściła i nie ciągnęła jak szalony koń, jednak w punkcie zjadła sobie banana, bułkę i dwa ciastka zbożowe, i wstąpił w nią nowy duch. Czyli, krótko mówiąc, znowu zaczęła zapier... yyyy gnać. 

Po trzech godzinach i trzydziestu trzech minutach dotarliśmy sobie spokojnie na metę. Oczywiście sam koniec był na szosie, pod górkę i tak pizgało, że myślałam, że mi głowa odpadnie, coby nie było zbyt łatwo :)

Matka, WIEJE!
Zdjęcie zrobione przez Sławka - PsiFotograf :)

Przyznam szczerze i ze wstydem, że moja kondycja... w zasadzie nie istnieje. Wymęczyła mnie ta trasa, we znaki dawało się zimno, lodowate podmuchy wiatru i nierówności terenu (zwłaszcza mojej prawej kostce, która średnio znosi takie rzeczy). Odnoszę wrażenie, że Raven spokojnie poszłaby i na 25km, jednak gdzieś od połowy trasy musiałaby ciągnąć za sobą moje zwłoki... 

Co było najgorsze? Czekanie na koniec imprezy. Oczywiście w obliczu tylu nowych piesków, często prowokacyjnie zaczepiających, musiałam z dzikim koniem usiąść sobie na uboczu a i tak wydawał z siebie co jakiś czas burczenie (MAMO, on patrzy na NASZ PLECAK!), które kończyło się wraz z pacnięciem w łeb, względnie nawarczeniem do ucha. Zawinęłyśmy się w kocykową mumię, jednak niewiele to pomagało i obie trzęsłyśmy się jak galareta... W końcu, po odebraniu pamiątkowego dyplomu, losowaniu małych upominków (trafiła nam się koszulka) i odebraniu specjalnego upominku od Adopsów dla psów adoptowanych, można było zwijać się do domu. Transport powrotny zapewnił nam bezinteresownie bardzo sympatyczny młody człowiek o imieniu Adam, który jest totalnie szalony - w lekko ponad 3 godziny przebiegł trasę 25km (!!!) z maleńką Tosią adoptowaną z puławskiego schroniska dla bezdomnych zwierzaków. Po wejściu do samochodu Raven wreszcie przestał jęczeć, kręcić się i burczeć, postanowił natomiast zwinąć się w kulkę na tylnym siedzeniu i pójść spać. Oczywiście po godzince takiego snu była już zregenerowana i gdy ja leżałam sobie na łóżku pijąc gorącą herbatę i próbując wygrzać kości pod kocem i kołdrą, Raven oferował mi przeciąganie szmatą albo chociaż aportowanie plastikowej butelki. 

Samą imprezę oceniam bardzo dobrze, bo organizacja była ekstra, trasa ciekawa, zainteresowanie duże - w imprezie brały udział psy bardzo różne, od maleńkiego jamniczka do ogromnego mastifa, maszerowały dzielnie zarówno psy rasowe jak i nierasowe. Na pewno nie jest to nasza ostatnia próba trekkingowa, ale do następnych postaramy się już lepiej przygotować - podobno są plany na imprezę wiosenną :)

niedziela, 13 kwietnia 2014

O psach, które jeździły koleją czyli dwupies w pociągu.

Od jakiegoś czasu mamy potrzebę przemieszczania się z piesełami weekendowo do innego miasta. Znaczy ja mam potrzebę, a psy nie mają wyjścia ;)


Zastanawiało mnie zawsze jak przewieźć dwa psy na jednego człowieka - wszak wg PKP jeden pasażer może przewozić jedną psią sztukę, w dodatku na smyczy i w kagańcu. Psy małe mogą natomiast podróżować w "odpowiednich pojemnikach" i wtedy jadą za darmo. Okazuje się jednak, że PKP nie precyzuje do końca przepisów odnośnie przewozu zwierząt. Na psim forum przeczytałam bowiem, że sposobem jest... duży transporter i bilet na bagaż.

Podróż z metalową klatką i dwoma psami należy do przeżyć z kategorii sado-maso, nabyłam więc drogą kupna (no dobra, R. nabył) transporter materiałowy i postanowiłam sprawdzić, czy opisywany sposób rzeczywiście działa.

Za pierwszym razem wpakowaliśmy się razem z R. i sukami do przedziału konduktorskiego z pytaniem o przedział dla osób z dużym bagażem - pan konduktor spytał, czy TO ten duży bagaż, wskazując na psy, po czym wygłaskał Raven na wszystkie możliwe sposoby (co biedne Małe przyjęło z ulgą, bo w kagańcu NAJGORZEJ i każda pociecha dobra) i odesłał nas w odpowiednie miejsce. Przy kontroli biletowej na klatce leżały dwa kagańce, nikt nic nie mówił.

Za drugim razem jechałam już sama, w moim przedziale byli tylko panowie SOKiści, patrzyli z uwagą jak wrzucam psy do klatki, pan konduktor przy kontroli popatrzył z zaciekawieniem na transporter, ale nikt nic nie powiedział, że tak nie wolno czy coś. Panowie SOKiści nawet mi życzyli dobrej nocy :)

Za trzecim razem władowałam się z pajacami od razu do rowerowego, gdzie siedziała już grupka starszych mężczyzn. Byli oburzeni, że "takich grzecznych i kulturalnych piesków* nie wolno przewozić bez takiego koromysła, no co to komu przeszkadza?!" i "150 złoty za takie coś pani dała, jezusmario, kto to widział, w takie koszty dodatkowe ludzi wpędzać!" :D Przy wysiadaniu gdy pan konduktor zobaczył, że wlekę się do drzwi z tym całym majdanem - plecakiem, transporterem, zniesmaczoną Zuzą, jęczącym Ravenem - stwierdził "Ja pani wystawię tę torbę!" i zabrał mi torbę z ręki, po czym jak  te czarne barany się zastanawiały czy na peronie mamy wyjść czy jednak nie i nieco im pomogłam dodał jeszcze "Niech sobie wyskoczą spokojnie!" ale było już za późno, bo zostały wywleczone :P

Czwarta podróż czeka nas jutro z samego rana. Mimo problemów pobocznych (pani rodem z poprzedniego ustroju politycznego w okienku na dworcu burcząca, że JAKI BILET NA BAGAŻ?! na co naprawdę miałam ochotę jej odpowiedzieć, że sraki, i że to chyba ona powinna wiedzieć jaki bilet jest na bagaż...) mam nadzieję, że będzie w porządku...




*Tak, Zu jest grzecznym i kulturalnym pieskiem, a Raven została bezceremonialnie wepchana do transportera i zakryta tak, żeby nie zdążyła zacząć Procesu Jęczenia. Proces Jęczenia to cała głębsza filozofia: dobrze sobie pojęczeć zawsze i wszędzie, ogólnie jak nie wiesz co robić - jęcz. Jak jesteś głodna albo nie jesteś głodna, jak chcesz gdzieś iść albo jak nie chcesz iść, jak widzisz pieska albo piesek właśnie znika z pola widzenia, jak biegasz, nie biegasz, stoisz i leżysz, i wisisz, i siedzisz, jak mama na Ciebie krzyczy, bo polujesz na samochody, albo mijasz tak bardzo fajnych przechodniów, że po prostu nie możesz się powstrzymać, żeby chociaż nie podskoczyć w ich kierunku, albo próbujesz sprawdzić co sąsiadka niesie w torbie z mięsnego, albo Zuza nie chce się z Tobą bawić, i jak jesteś zmęczona albo wcale nie, albo jak dostaniesz w końcu w ucho, bo przeginasz pałę - jęcz. To zawsze pomaga. Nie wiem jak, ale pomaga. No chyba, że ktoś się naprawdę zezłości i kieruje w Twoją stronę groźny karalne i wygląda, jakby całkiem miał zamiar je wprowadzić w życie. Wtedy jęcz ciszej, ale wytrwale. Przestawaj tylko, jak walą w klatkę kijem bejsbolowym, bo wtedy chyba są naprawdę wkur..., tego, no.